Garść pyłu księżycowego
21 lipca 1969 roku amerykańscy astronauci Neil Armstrong i Edwin Aldrin na pokładzie statku wyprawowego Apollo - "Orzeł" wylądowali na Księżycu i jako pierwsi ludzi zeszli na jego powierzchnię. Ta niezwykła, pierwsza podróż na Księżyc była szalenie ryzykowna. Gdyby wyprawę Apollo-11 - pisał znany amerykański pisarz Norman Mailer - spotkał nagle tajemniczy, katastrofalny koniec, przerażenie i niepewność zapanowałyby na całe dziesięciolecia.
Przed startem pierwszej wyprawy księżycowej dziennikarze dociekali:
- Jak wykorzystaliby astronauci czas, gdyby stwierdzili, że nie mogą wystartować z Księżyca? Modliliby się, przesyłali bliskim ostatnie słowa pożegnania, czy też przekazywaliby informacje o Księżycu?
Armstrong odpowiedział:
- Woleliśmy dotąd o tym nie myśleć. Nie sądzimy, by była to prawdopodobna sytuacja. Jest po prostu możliwa... Gdyby się to wydarzyło w czasie tej wyprawy, pozostaniemy bez pomocy.
Aldrin:
- Ja prawdopodobnie wykorzystałbym ten czas usiłując naprawić silnik startowy.
Miliony ludzi śledzący na ekranach telewizorów przebieg pierwszego lądowania na Księżycu nie do końca zdawali sobie sprawę, jak wiele ryzykowali astronauci i jak wielką odpowiedzialność ponosili operatorzy misji na Ziemi. Po pierwsze istniały obawy, czy wylądowanie na Księżycu w ogóle jest możliwe. Jedna z hipotez zakładała, że grunt Księżyca może być niejednolity i mogą na jego powierzchni występować obszary tworzące jakby cienką warstewkę lukru na cieście, co spowodowałoby, że ciężka machina lądująca mogła po dotknięciu gruntu księżycowego przebić go i zapaść się głęboko pod powierzchnię.Dlatego, choć brzmi to paradoksalnie, pierwszą i najważniejszą czynnością wykonaną przez astronautów po opadnięciu na grunt Księżyca było przygotowanie się do natychmiastowego awaryjnego startu. Mógł on nastąpić w trzech "okienkach" czasowych - po pierwszych 60 sekundach od wylądowania, po dziesięciu minutach i po dwóch godzinach, co było związane z położeniem członu macierzystego statku Apollo na orbicie wokółksiężycowej.
Zaraz więc po tym, gdy astronauci Armstrong i Aldrin zbliżyli "Orła" do powierzchni Księżyca i po otrzymaniu z Ziemi sygnału GO, wylądowali, gotowi byli do bezzwłocznego zapłonu silnika startowego, gdyby grunt zaczął się pod nimi załamywać. Poprzez rury nóg lądownika LM nie dotarły jednak do nich żadne odgłosy kruszenia skorupy Srebrnego Globu. Natychmiast po zapadnięciu pierwszej decyzji o pozostaniu, astronauci rozpoczęli pospieszne sprawdzanie według listy stanu najważniejszych urządzeń, by upewnić się, że nic nie uległo uszkodzeniu podczas lądowania. W dziesięć minut po wylądowaniu specjaliści na Ziemi kontrolujący przebieg wyprawy podjęli drugą decyzję pozostania. Dopiero wówczas astronauci mogli odłączyć rękawice w nadgarstkach, hełmy u szyi i zdjąć je. Mogli też wreszcie rozejrzeć się po okolicy przez iluminatory, opisali pokrótce krajobraz, wymienili gratulacje z Ziemią i od razu zaczęli przygotowania do awaryjnego startu w trzecim "okienku" czasowym. Zajęli się komputerem pokładowym, przeprowadzili symulowane odliczanie startu i ustawili na nowo układ nawigacyjny, to jest linię księżycowego pionu i wprowadzili do komputera Program 12 - automatycznego startu.
Gdy przyszła kolej na wypoczynek, astronauci, podnieceni niezwykłością chwili, poprosili o zrezygnowanie ze snu i przyspieszenie wyjścia na zewnątrz. Ziemia zgodziła się, i to z nieukrywanym entuzjazmem. Transmisję telewizyjną z lądowania oglądało około 500 milionów ludzi na całym świecie.
Podczas schodzenia pierwszego astronauty na powierzchnię Księżyca - był nim Neil Armstrong - także przedsięwzięto szczególne środki ostrożności. Armstrong po otwarciu pokrywy włazu z trudem przecisnął się przez niewielki kwadratowy otwór i znalazł się na pomoście, a potem powoli, niezgrabnie, bo w piętnastowarstwowym pancerzu skafandra ochronnego, zszedł po drabince i ostrożnie stanął na podstawce nogi lądownika. Zanim stanął na księżycowym gruncie, wskoczył z powrotem na najniższy szczebel drabinki. W kilka godzin później, po zakończeniu programu wyjścia, taki skok z podstawy na szczebel mógł być dla zmęczonego Armstronga bardzo uciążliwy, a należało sprawdzić, czy nic nie stanie na przeszkodzie w powrocie astronauty do kabiny, a jeżeli tak, to na ile ten powrót będzie trudny. Chwilę później Armstrong oznajmił:
- Jestem u dołu drabinki. Stopy LM zagłębiły się ledwie na cal lub dwa, chociaż z bliska grunt wydaje się bardzo drobnoziarnisty. Wygląda niemal jak pył.
Astronauta, dla bezpieczeństwa trzymając się ciągle drabinki, relacjonował:
- Powierzchnia jest miękka i pokryta pyłem. Mogę... mogę go z łatwością rozgarnąć czubkiem buta. Pył otrząśnięty z buta opadał powoli jak na filmie ze zwolnionym tempem. Przywiera cienką warstwą do podeszwy i brzegów buta, jak sproszkowany węgiel drzewny. Stopy zagłębiają się zaledwie na ułamek cala, może na jedną ósmą. Ale widzę ślady moich butów i wzór podeszwy odciśnięty w bardzo miałkim piasku. Oderwał się od drabinki, zrobił pierwsze kroki po księżycowym gruncie. Dla człowieka to jeden mały krok, dla ludzkości skok ogromny - wypowiedział Armstrong historyczne oświadczenie.
Poruszał się niezgrabnie, w krępującym ruchy skafandrze wykonywał jakby kangurze skoki. Zachowywał nadzwyczajną ostrożność w obawie utraty równowagi i upadku - grunt był gorący, rozpalony Słońcem, a skały mogły rozedrzeć mu skafander. Przewrócić mógłby się łatwo, konstrukcja skafandra wykluczała podniesienie rąk do góry, ponad głowę, jak również opuszczenie ich poniżej kolan. Zasobnik na plecach mógł w momencie upadku astronauty obrócić go lub pociągnąć w dół, a powstać samodzielnie byłoby mu trudno. Sześciokrotnie mniejsze niż na Ziemi ciążenie utrudniało orientację w przestrzeni. Zawodziło wyczucie pionu. Człowiek mógł być pochylony do przodu lub do tyłu bardziej niż mu się zdawało. Nie powodowało to jednak upadku, podczas gdy w warunkach ziemskich bezwzględnie musiałoby do niego dojść. Zestaw życiodajny umieszczony na plecach o masie kilkunastu kilogramów ciągnął do tyłu, a żeby go zrównoważyć, trzeba było dość wyraźnie nachylać się do przodu, co przypominało pozycję "zmęczonego goryla".
Dowódca wyprawy zaraz po zejściu na powierzchnię Księżyca miał obowiązek zaczerpnąć rękawicą garść pyłu księżycowego oraz zebrać niewielkie kawałki materiału skalnego i umieścić próbki w specjalnej, dość pojemnej kieszeni naszytej na skafander na lewej nodze, powyżej kolana. To na wypadek, gdyby nagle, niespodziewanie stało się coś, co zmusiłoby astronautów do natychmiastowego przerwania misji i powrotu w trybie awaryjnym. Wówczas, powróciwszy, zabraliby ze sobą chociaż tych kilka kamieni i odrobinę księżycowego piasku. Przynajmniej tyle można byłoby dokładnie zbadać na Ziemi. 18 minut po wyjściu dowódcy na zewnątrz wyszedł także E. Aldrin. Jego ruchami kierował bogatszy już o swe własne doświadczenie Armstrong. Aldrin powtórzył manewr próby awaryjnego powrotu do kabiny, a potem dołączył do dowódcy. Ich pobyt na powierzchni Srebrnego Globu trwał nieco ponad dwie godziny. Po wykonaniu programu wyjścia astronauci powrócili do kabiny "Orła".
Przed odlotem z Księżyca astronauci mieli spać. Zasłonili iluminatory. Aldrin skulił się na podłodze, Armstrong usadowił na pokrywie silnika startowego, opierając się plecami o ścianę. Nogi podtrzymywał mu pasek okręcony wokół jednej z pionowo ustawionych części. Spali źle, właściwie tylko drzemali. W kabinie stało się chłodnawo, a po trzech godzinach właściwie zimno. Ich skafandry chłodzone były dodatkowo układem rurek z wodą, więc astronauci postanowili wyłączyć to urządzenie, ale nie na wiele się to zdało. Mogli co prawda odsłonić iluminatory i wpuścić do wnętrza kabiny silne światło słoneczne, lecz wówczas z pewnością nie zdołaliby usnąć. Dręczyła ich także obawa o bezpieczny powrót z zuchwałej wyprawy. Największe, najboleśniejsze tragedie zdarzają się zaraz po oszałamiających zwycięstwach.
Silnik startowy LM, aby wprowadzić statek, a właściwie już tylko jeden jego segment, kabinę załogi na orbitę spotkania z członem macierzystym Apollo-11, musiał w czasie pierwszych trzech dziesiątych sekundy od momentu zapłonu osiągnąć co najmniej 90 proc. pełnego ciągu. Stopień startowy musiał wznieść się i nie opaść z powrotem. Nie mogło być mowy o powtórzeniu startu. Silnik musiał zadziałać raz. Raz i skutecznie.
Dla maksymalnego zwiększenia bezpieczeństwa wyprawy większość żywotnie ważnych podzespołów i urządzeń statku była podwojona. Z jednym wyjątkiem - w postaci owego silnika startowego. Nie było czym go zastąpić. W dodatku nigdy dotąd nie był on sprawdzony w warunkach kosmicznych.
Specjaliści NASA wyodrębniali w programie wypraw księżycowych cztery punkty krytyczne, w najwyższym stopniu ryzykowne. Jednym z tych krytycznych momentów był właśnie odlot kabiny załogowej LM z Księżyca po zakończeniu pobytu astronautów. Tak więc silnik startowy bezwzględnie musiał zadziałać prawidłowo. W przeciwnym razie nikt w żaden sposób nie mógłby astronautom pomóc. Pozostaliby gośćmi Srebrnego Globu już na zawsze.
Obyło się jednak bez dramatów. Silnik startowy LM "Orzeł" uniósł pięciotonową kabinę załogową po torze wznoszenia, a po czterech godzinach dochodzenia przybliżył ją do członu macierzystego, w którym dyżurował trzeci astronauta wyprawy, Michael Collins. Wyrównano prędkości obu obiektów poruszających się po orbicie wokółksiężycowej, po czym węzeł stykowy "Orła" wszedł w urządzenie cumownicze Apolla.
I wtedy z "Orłem" zaczęło dziać się coś dziwnego. Kiedy Collins włączył ściąganie, kabina LM zaczęła gwałtownie chybotać, przez co naruszyła stabilność także członu macierzystego Apolla. Chybocąc i podskakując jak podczas jazdy po bruku, oba statki obijały się o siebie. Trwało to 8-10 sekund, trudnych sekund.
- Rozpętało się piekło! - krzyknął Collins
Tak zapisano w stenogramie na Ziemi, lecz astronauta nie przypominał sobie później, by coś takiego powiedział.
Obaj piloci, Collins w Apollo i Armstrong w "Orle" próbowali ustabilizować szalejące pojazdy. Przez cały czas pracował też automat sprzęgający. W końcu statki połączyły się z hukiem, dwanaście zaczepów mechanicznych mocno je sczepiło i wszystko się uspokoiło.
Armstrong i Aldrin, otrzepawszy uprzednio swe skafandry z pyłu księżycowego, przeszli do kabiny Apolla. Odrzucono zbędną już kabinę "Orła" (spadła na Księżyc) i statek wziął kurs na Ziemię.
W tym czasie w spodziewanym rejonie wodowania przeprowadzono trening akcji ewakuacyjnej. Na wody oceanu zrzucono makietę kabiny Apolla. Szkwał i wzburzony ocean utrudniły akcję. Makietę wyłowiono z opóźnieniem. Ratownicy przeżyli chwile grozy, gdy ostrzeżono ich, że w wodzie krążą wokół nich rekiny. Nastąpiła krótkotrwała panika. Wszyscy rzucili się do tratwy ratunkowej. Przeczekali aż krwiożercze potwory odpłynęły.
24 lipca 1969 roku lądownik Apolla-11 z drugą prędkością kosmiczną wszedł w atmosferę Ziemi i wodował. Upadł w wodę dnem do góry. Pływaki szybko napełniły się gazem i przywróciły mu właściwe położenie. Armstronga, Aldrina i Collinsa przetransportowano śmigłowcem na lotniskowiec Hornet, na pokładzie którego, aby oficjalnie powitać astronautów, płynął sam prezydent USA, Richard Nixon. Pierwsza wyprawa ludzi na obcy glob zakończyła się pełnym sukcesem.
Mniej szczęścia mieli astronauci J. Lovell, J. Swigert i F. Haise, stanowiący załogę Apollo-13. Gdy w kwietniu 1970 roku zmierzał on do Księżyca, w pobliżu celu wyprawy na pokładzie statku kosmicznego, w jego członie napędowym, nastąpił wybuch zbiornika ciekłego tlenu. Sytuacja załogi stała się dramatyczna. Tylko nadzwyczajna mobilizacja specjalistów ośrodka kosmicznego NASA w Houston i walczących o przeżycie astronautów pozwoliła doprowadzić do udanego wodowania poważnie uszkodzonego statku kosmicznego. Akcja ratownicza trwała 87 godzin.
Wyprawy księżycowe Apollo-12, 14,15,16 i 17 w latach 1969-1972 przebiegały bez większych przeszkód natury technicznej.
Marek Jarosiński
Fragment książki "Krzyk w Kosmosie"