Breżniew się zdenerwował
W lipcu 1969 roku amerykańscy astronauci stanęli na Księżycu
Gdy Neil Armstrong i Edwin Aldrin na pokładzie członu wyprawowego Apollo-11 LM "Orzeł" osadzili lądownik w rejonie Morza Spokoju i na oczach setek milionów telewidzów przygotowywali się do zejścia na powierzchnię Księżyca, czuwający na orbicie wokółksiężycowej trzeci astronauta misji, pilot członu macierzystego Apollo-11, Michael Collins, skarżył się operatorom ośrodka kontroli lotu w Houston:
- Mam do nich bliżej niż wy wszyscy, a nie widzę, co tam się dzieje...
Z Ziemi pocieszano go:
- Nie przejmuj się stary, Chińczycy i Rosjanie też nie widzą...
To była prawda. W telewizji moskiewskiej niedziela, 20 lipca przebiegała pod hasłami Dnia Metalurga oraz Dni Kultury Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej - przed obchodzonym wówczas w Polsce 22 lipca świętem Odrodzenia i w związku z braterską wizytą w Warszawie Sekretarza Generalnego KC KPZR Leonida Breżniewa. Transmisji z lądowania Apollo-11 ludzie radzieccy nie mogli zobaczyć, bo na Księżycu lądowali przecież Amerykanie, żyjący (cierpiący?) w jarzmie "upadającego" systemu gospodarczo-politycznego. A zresztą, nie warto sobie tym głowy zaprzątać, tłumaczono sobie nawzajem w ZSRR, bo lądowanie ludzi na Księżycu to tylko propaganda, niepotrzebna rozrzutność pieniędzy.
Co innego, gdyby udały się załogowe radzieckie wyprawy na Księżyc. A przygotowywano je od połowy lat sześćdziesiątych. Skonstruowany był statek wyprawowy Zond,podobny do statku typu Sojuz i wyznaczono dwie radzieckie załogi do lądowania na Księżycu. Jako pierwszy miał na nim stanąć Aleksiej Leonow. On i kilku innych kandydatów intensywnie trenowali przed startami na Srebrny Glob. Szybko jednak okazało się, że zabraknie pieniędzy, czasu, nowoczesnych technologii i efektywnych metod zarządzania, by dogonić i przegonić USA w tym wyścigu. Dlatego postanowiono w ZSRR skupić wysiłki na przeprowadzeniu wypraw bezzałogowych i zaczęto w propagandzie wytwarzać przekonanie, że w badaniach Księżyca bardziej pomocne, bardziej efektywne i wielokrotnie tańsze będą bezzałogowe automatyczne sondy niż wyprawy astronautów.
Propaganda sukcesu uczepiła się bezzałogowych wypraw księżycowych próbników Łuna i pojazdów przypominających z wyglądu wielką balię na kołach z otwieraną pokrywą, nazwanych Łunochodami. Łuna-9 w lutym 1966 roku jako pierwszy ziemski aparat kosmiczny miękko wylądowała na Księżycu. W Związku Radzieckim zapanowała euforia, myślano tam, że już za chwilę w jej ślad wyruszą kosmonauci. Trzy następne Łuny umieszczane były na orbicie wokółksiężycowej, co także optymistycznie było komentowane, gdyż lądowanie ludzi na Księżycu musiało być poprzedzone również takimi próbami. Tylko nieliczni wtajemniczeni wiedzieli, że prace nad potężną rakietą nośną N-1 przygotowywaną do wypraw załogowych postępują z ciągłymi trudnościami, a kolejne awarie podczas czterech jej próbnych startów zapowiadają fiasko radzieckiego programu lądowania ludzi na naszym satelicie.
W tym samym czasie pracowano w ZSRR nad statkiem załogowym Zond - przeprowadzono kilka lotów sprawdzających tej konstrukcji, zwłaszcza w 1968 roku, już niedługo przed startem amerykańskiego Apollo-11 do historycznej pierwszej wyprawy Księżycowej. Wyniki tych wypraw nie były zachęcające, poważne awarie prototypowej konstrukcji i nawet rakiety nośnej Proton, wypróbowanej przecież już wcześniej, zmusiły Rosjan do kapitulacji. Pod koniec 1968 roku stało się jasne, że pierwsi na Księżycu będą Amerykanie.
Wówczas w radzieckiej publicystyce naukowej nastawiono się na dezawuowanie przyszłego amerykańskiego sukcesu, a asy propagandy wymyśliły chytrą sztuczkę mającą go przesłonić. Przygotowano start Łuny-15 - pierwszego próbnika Księżyca trzeciej generacji, udoskonalonego, o zwiększonych wymiarach i masie. Pierwsze pokolenie próbników Łuna umożliwiało jedynie osiągnięcie powierzchni Księżyca zakończone roztrzaskaniem się obiektu, egzemplarze pokolenia drugiego mogły miękko lądować lub wchodziły na orbitę wokółksiężycową. Tym razem Łuna-15 miała po wylądowaniu na Księżycu pobrać próbki jego gruntu i odpalić człon powrotny, by próbki dostarczyć na Ziemię.
Wielkie mi co, powie dzisiejszy Czytelnik. A jednak wtedy, w 1969 roku, uzyskanie próbek gruntu Księżyca miało nadzwyczajne znaczenie. W USA bowiem w propagandzie programu Apollo podkreślano, że chodzi w nim o naukowe poznanie Księżyca. Liczono, że zbadanie jego gruntu przyniesie sensacyjne epokowe odkrycia naukowe, może nawet ujawnienie śladów choćby najprymitywniejszych form życia, może rozwiązanie zagadki istnienia życia na Ziemi. Nie przyznawali się Amerykanie, że chodzi im przede wszystkim o efekt propagandowy, o pokazanie światu, że Ameryka w dziedzinie wypraw kosmicznych nie pozostała w tyle za Związkiem Radzieckim. Chodziło podobno o te próbki gruntu, o przywiezienie ich na Ziemię i zbadanie w laboratoriach. Dlatego decydenci polityczni w ZSRR uznali, że przeciwwagą dla amerykańskiego sukcesu będzie sprowadzenie na Ziemię własnych próbek gruntu księżycowego - i to przed Amerykanami.
Łuna-15 wystartowała w kierunku Srebrnego Globu 13 lipca 1969 roku, czyli na trzy dni przed astronautami Apolla-11. Przeszła na orbitę sztucznego satelity Księżyca, przeciwko czemu zaprotestowali amerykańscy specjaliści - powstały obawy, że krążąca wokół globu radziecka stacja może kolidować z planowanym lądowaniem na Księżycu amerykańskiego statku wyprawowego Apollo-11 LM "Orzeł".
W sensie propagandowym był to już sukces ZSRR. Zachodnie środki przekazu, zapatrzone w ostatnie przygotowania do startu Apollo-11, musiały poświęcić nieco uwagi rosyjskiemu programowi księżycowemu. Agencja TASS zapewniła, że specjaliści radzieccy jeszcze raz przeprowadzili obliczenia orbity wokółksiężycowej Łuny-15 i orzekli, że ich próbnik nie stwarza zagrożenia.
Łuna-15 po 52 okrążeniach Księżyca osiadła miękko na nim 21 lipca 1969 roku, ledwie kilka czy kilkanaście godzin po wylądowaniu N. Armstronga i E. Aldrina. Zaiste, nie był to przypadek. Ten sukces radzieckiej kosmonautyki miał, przynajmniej w krajach od ZSRR uzależnionych, przesłonić lub choćby lekko przyćmić amerykańskie doniesienia z Księżyca.
Zaraz po wylądowaniu próbnika operatorzy radzieckiego Centrum Kierowania Lotem z napięciem czekali na decydującą, najważniejszą fazę ekspedycji Łuny - pobranie próbek gruntu, start z Księżyca i dostarczenie tych próbek na Ziemię. Dzięki temu Rosjanie mieliby w swoich laboratoriach grunt księżycowy o dwa dni wcześniej niż Amerykanie, którzy oczekiwali powrotu Apolla-11 na Ziemię 24 lipca. Radzieckie środki przekazu mogłyby udawać triumf radzieckiej techniki kosmicznej. Publikowałyby wyniki pierwszych ekspertyz próbek gruntu księżycowego akurat wtedy, gdy amerykański statek Apollo-11 powracał na Ziemię. Publicyści radzieccy zgodnym chórem pisaliby, że Związek Radziecki uzyskał skały księżycowe wcześniej i wielokrotnie taniej niż Amerykanie, że przeprowadzenie automatycznego lotu na Księżyc jest trudniejsze niż wyprawa załogowa, a lądowanie astronautów na Księżycu to tylko propagandowa "pokazucha" niegodna radzieckiego mocarstwa kosmicznego prowadzącego "poważne" badania naukowe zmierzające do poznania naszego naturalnego satelity.
Niestety wyprawa Łuny-15 zakończyła się klapą. Próbnik opadając na powierzchnię Księżyca trafił przypadkowo nie na płaszczyznę, a na zbocze wzgórza. Przechył spowodował, że członu mającego powrócić na Ziemię nie udało się uruchomić. Nie powiódł się plan umniejszenia amerykańskiego sukcesu lądowania pierwszych ludzi na Księżycu.
Leonid Breżniew akurat przygotowywał się do odlotu do Warszawy na uroczystości 25-lecia PRL, gdy poinformowano go o udanym lądowaniu Armstronga i Aldrina na powierzchni Księżyca. świadkowie tej chwili wspominają, że Breżniew bardzo się tą wiadomością zdenerwował. Przegrana była tym dotkliwsza, że również Łuna-15 nie uratowała prestiżu ZSRR.
Trzy miesiące później Leonid Breżniew przemawiając na uroczystości odznaczenia siedmiu kosmonautów statków kosmicznych Sojuz-6, Sojuz-7 i Sojuz-8 ogłosił, iż nauka radziecka uważa stworzenie stacji orbitalnych ze zmieniającymi się załogami za główny szlak człowieka w kosmos.
A co z lotami na Księżyc? Ponieważ nie udało się wysłać na niego radzieckich kosmonautów przed Amerykanami, ostatecznie odstąpiono od tego zamiaru. Na użytek publiczny zaczęto w ZSRR twierdzić, że załogowe loty na Księżyc nie mają dostatecznego uzasadnienia ani naukowego, ani (uwaga - tu można się uśmiechnąć) gospodarczego - zważywszy potrzeby gospodarki narodowej ZSRR.
W radzieckich kręgach naukowych stał się obowiązujący pogląd, że dla zbadania powierzchniowej warstwy Księżyca potrzebne są nie kilogramy, a zaledwie gramy gruntu księżycowego. Jednakże nawet o te gramy było trudno. Misja Łuny-15 się nie powiodła. Pierwszymi próbkami z Księżyca Rosjanie mogli się pochwalić dopiero we wrześniu 1970 roku, po powrocie aparatu lądującego Łuny-16, który dostarczył na Ziemię 105 gramów gruntu.
Na Srebrny Glob Związek Radziecki wysłał jeszcze kilka kolejnych próbników Łuna, w tym dwa ze zdalnie sterowanymi pojazdami Łunochod poruszającymi się po powierzchni Księżyca. Te wyprawy miały udowodnić światu, że radziecka nauka i technika nie ustępuje amerykańskiej, a nawet ją przewyższa. Niestety nie wszystkie one były udane.
Marek Jarosiński
turystyka@planty.pl
Fragment książki "Tajemnice, które wyszły na jaw"