![]() |
|
![]() |
|||||
|
Start Challengera
Telewizja tego dnia wiele razy pokazywała członków załogi i wzlot samolotu kosmicznego Challenger. Uroczysta kolacja poprzedniego wieczoru, uśmiechy, radosne podniecenie przy wspólnym posiłku. Rano, 28 stycznia 1986 roku, siedmioro astronautów zajęło miejsca w kabinie załogowej Challengera. W fotelu dowódcy zasiadł Francis Scobee, oficer lotnictwa wojskowego. Po jego prawej stronie ulokował się drugi pilot - Michael Smith, także oficer lotnictwa, pilot doświadczalny i instruktor lotniczy. W drugim rzędzie, pośrodku usiadła druga amerykańska astronautka, specjalista wyprawy, Judith Resnik, Amerykanka pochodzenia żydowskiego, z wykształcenia elektronik. Z prawej strony kabiny, pod skosem w stosunku do fotela Judith, za drugim pilotem siadł czarnoskóry Ronald McNair - drugi specjalista wyprawy, doktor fizyki.
Dolny pokład zajęło trzech pozostałych astronautów. Koło drabinki łączącej oba pokłady zasiadł Ellison Onizuka, trzeci specjalista wyprawy, Amerykanin pochodzenia japońskiego. Pod skosem w prawo znalazła się Christa McAuliffe. Nie była etatową astronautką. Wybrano ją w drodze konkursu z 11 tysięcy nauczycieli. Miała z pokładu Challengera przeprowadzić lekcje na temat wykorzystania przestrzeni kosmicznej. Po jej prawej stronie zajął miejsce Gregory Jarvis - specjalista ładunku użytecznego. Dwukrotnie był już wcześniej wyznaczany do lotu kosmicznego, lecz w obu przypadkach ustąpić musiał miejsca politykom, członkom Kongresu USA. Absolwent studiów wyższych o kierunku elektrycznym, przedstawiciel firmy Hughes.
W ładowni Challengera umieszczony był satelita łącznościowy TDRS-B oraz Spartan-2 przeznaczony do obserwacji komety Halleya.
Była godzina 8.35. Do startu pozostała godzina. Osiem minut przed terminem wzlotu zespołu startowego padło zaskakujące polecenie: Przerwać procedurę startu.
6,6 sekundy przed startem nastąpił zapłon głównych silników Challengera. Start! Po 0,0587 sekundy zaczęło się działanie rakiet wspomagających zasilanych stałym materiałem pędnym. Siła ciągu większa niż ciężar samolotu kosmicznego zespolonego z wielkim zbiornikiem i dwiema bocznymi rakietami powoduje oderwanie go od stanowiska startowego. Challenger powoli rusza. Ludzie zgromadzeni w strefie przewidzianej dla obserwatorów biją brawo, chóralny okrzyk triumfu towarzyszy pierwszym metrom lotu. Przed ekranami TV miliony telewidzów. Huk silników zagłusza wszystko. Challenger nabiera prędkości.
20 sekund od startu. Zgodnie z programem lotu zdławiono silniki główne do 94% ciągu nominalnego. 16 sekund później do 65%. W 40 sekundzie sterowany przez komputery pokładowe automatyczny system kierowania samolotu kosmicznego zareagował na gwałtowny silny poryw wiatru. Challenger wyrównał lot.
58,774 sekundy lotu. Ze złącza segmentów prawej rakiety wspomagającej wydobywa się czarny dym. Na razie nikt jeszcze o tym nie wie. Dostrzeżono to dopiero później, gdy klatka po klatce przejrzano zapisy kamer TV. Ich analiza wykazała również, że już 0,445 sekundy po starcie w tym właśnie miejscu, ponad złączem segmentów, pojawiła się chmura czarnego dymu, a dokładniej seria "pufnięć" wydobywających się z częstotliwością trzech na sekundę, czyli z częstotliwością drgań rezonansowych samolotu kosmicznego. Dym w tej początkowej fazie po raz ostatni pokazał się w 12 sekundzie lotu.
W ślad za dymem, 59,249 sekundy po starcie, z boku prawej rakiety wypełza ogień. 60,164 sekundy - płomień staje się coraz większy. Ułamek sekundy później odchyla się w kierunku zbiornika zewnętrznego, ogarniając także element łączący rakietę wspomagającą ze zbiornikiem.
Dwie sekundy później komputery pokładowe płynnie zmieniły tor lotu Challengera - prawy silnik główny przez trzy sekundy wykonywał ruchy dyszą. Te manewry przeciwdziałały kolejnym porywom wiatru targającym zespołem startowym. Komputery pokładowe samolotu kosmicznego ciągle realizowały program wzlotu, ciągle nic nie wiedziały o zbliżającej się katastrofie, choć miała ona nadejść zaledwie za około 10 sekund.
72,141 sekundy po starcie. Zaczął się ostatni etap dramatu. Urządzenia pokładowe Challengera zarejestrowały targnięcie statkiem w prawo. Wysoka temperatura płomienia lub dodatkowe obciążenia materiału spowodowały rozerwanie dolnego trzpienia łączącego prawą rakietę wspomagającą ze zbiornikiem głównym. Zaczęła się ona wahać wokół drugiego, górnego łącznika. Przy prędkości 3 tys. km/h! Wszystko działo się w ułamku sekundy. Dolna część rakiety odchyliła się, po czym ruszyła w kierunku Challengera. Przypuszczalnie uderzyła w prawe skrzydło samolotu i odłamała jego część. Płomień z dyszy opalił prawą stronę Challengera. Wyłowione z oceanu szczątki tej jego części były bardzo osmalone.
Załoga dopiero w tym momencie zorientowała się, że dzieje się coś niedobrego. Rakieta boczna stożkowym wierzchołkiem uderzyła w zbiornik ciekłego tlenu. Prawie jednocześnie odpadła tylna część zbiornika ciekłego wodoru powodując wyciek dziesiątków ton paliwa. Dodatkowa siła ciągu skierowana do przodu przerwała gródź oddzielającą płynny tlen od wodoru.
Obniżone, rozciągnięte: - Uuoooch! - drugiego pilota Mike'a Smitha było ostatnim odgłosem zarejestrowanym w kabinie załogowej przez czarną skrzynkę samolotu kosmicznego. Niemal w tym samym momencie pod samolotem kosmicznym, w górnej części zbiornika ciekłego wodoru pojawił się błysk ognia. 0,026 sekundy później, w miejscu, w które wbiła się rakieta, zaczęła się potężna eksplozja. Wokół statku powstała ogromna kula ognia. Zewnętrzny olbrzymi zbiornik ciekłego tlenu i wodoru przestał istnieć. Siła eksplozji miała moc 8% energii wybuchu bomby atomowej nad Hiroszimą.
Sprawozdawca kompanii telewizyjnej CNN prowadzący transmisję TV zdezorientowany powiedział, że jest to, być może, wybuch towarzyszący odłączeniu rakiet wspomagających od zespołu startowego, ale jeden z techników NASA będący akurat w zasięgu mikrofonu wykrzyknął:
W rzeczywistości jednak, Challenger ucierpiał nie tyle od wybuchu, ile pod wpływem działania sił aerodynamicznych. Kiedy wyłonił się z ognia i dymu, pozbawiony sztywnego oparcia, jakim był zbiornik zewnętrzny, wstrząsany siłami oporu powietrza zaczął się rozpadać. Najpierw odpadły najbardziej narażone na gwałtowne naprężenia skrzydła. Chwilę potem eksplodowały materiały pędne systemu kontroli położenia umieszczonego przed kabiną załogową. Silniki nr 2 i 3 nadal pracowały, ale już tylko chwilę, bo kadłub statku rozpadł się na kilka części. Kabina załogowa ocalała. Wznosiła się jeszcze przez 25 sekund ciągnąc za sobą kilkumetrowy warkocz kabli elektrycznych. Na filmie analizowanym klatka po klatce dały się zauważyć nawet nieuszkodzone szyby okien w przedniej części kabiny. Siłą rozpędu przebyła ona jeszcze około 5 km z przyspieszeniem 12-20 jednostek, dotarła do wysokości 19 km 300 metrów, po czym runęła ku powierzchni oceanu. Po 2 minutach 45 sekundach od chwili wybuchu uderzyła w wodę z prędkością około 334 km/h. Podczas upadku jej przyspieszenie stopniowo wzrastało, aż osiągnęło około 200 jednostek. Rozpadła się doszczętnie. W eksplozji w ogóle nie doznały uszkodzeń boczne rakiety wspomagające. Uwolnione z zespołu startowego pomknęły bez celu każda w swoją stronę, tworząc na niebie - jak na ironię - wielki ślad spalin układający się w kształt litery V, jak "victoria". Dopiero w 110 sekund po starcie, gdy jedna z nich zwróciła się w kierunku lądu, kontroler bezpieczeństwa odpalił ładunki samoniszczące. Szczątki rakiet opadły do Atlantyku.
Jakie były ostatnie chwile załogi Challengera? Astronauci nie zginęli wskutek wybuchu. Nie był on dostatecznie silny, by zabić mocno przypiętych do foteli ludzi, mimo że błysk ognia na niebie miał gigantyczną siłę. Również początkowa faza narastania przyspieszeń, choć trudnych do przetrzymania, nie powinna spowodować śmierci astronautów. W pierwszej chwili najbardziej zagroziło im rozhermetyzowanie kabiny. Ucieczka powietrza musiała być jednak powolna, skoro członkowie załogi zdążyli działać. Nawet w wypadku gwałtownej dekompresji kabiny astronauci zachowywaliby przytomność jeszcze przez 6 do 15 sekund. Jak wynika z drobiazgowej analizy wydobytych z dna Atlantyku szczątków kabiny załogowej, co najmniej troje astronautów sięgnęło po aparaty tlenowe przymocowane do siedzisk. Te niewielkie pojemniki ze sprężonym powietrzem zostały zainstalowane na wypadek przymusowej ewakuacji załogi jeszcze przed startem samolotu kosmicznego. Zapas powietrza był obliczony zaledwie na 6 minut wystarczających na ucieczkę z kabiny załogowej i dotarcie do opancerzonego pojazdu ratowniczego czuwającego w pobliżu z włączonym silnikiem podczas każdego startu statku kosmicznego.Francis Scobee, dowódca, chwycił za umieszczony w oparciu fotela aparat oddechowy i odkręcił zawór. Michael Smith - można się domyślać na podstawie materiałów analizowanych w czasie prac wyjaśniających - miał trudności z dosięgnięciem rękoma do swego aparatu. Pomogła mu w tym siedząca za nim Judith Resnik. Chwyciła jego butlę, uruchomiła zawór. Potem zajęła się swoim aparatem oddechowym. Aparat Smitha opróżniony był w czterech piątych, co może oznaczać, że oddychał on aż do chwili zderzenia kabiny załogowej Challengera z wodą. Nie mógł jednak tak długo zachowywać przytomności. Nie wiadomo nic o losie McNaira, ani trojga astronautów zajmujących dolny pokład. Być może nie zdążyli podjąć jakiegokolwiek działania. Ich część kabiny była pozbawiona okien, astronauci nie mieli możliwości obserwowania wskaźników pokładowej aparatury kontrolnej. Zapewne zanim zaczęli rozumieć co się stało - było już za późno. Zresztą i tak nic nie mogliby zrobić. Korzystanie z aparatów oddechowych tylko na krótko oddalić mogło moment utraty przytomności i śmierci. Kabina załogowa Challengera nie była wyposażona ani w wyrzucane fotele, ani rakietę ratunkową, ani w żadne inne zabezpieczenie mogące w podobnej sytuacji przynieść załodze ratunek.
Statek kosmiczny w chwili katastrofy miał prędkość kuli karabinowej.
śledztwo w sprawie przyczyn katastrofy zaczęło się równie szybko jak akcja zabezpieczania szczątków. Zaraz po wypadku powołano komisję prezydencką. Zaczęto zbierać wszelkie materiały mogące posłużyć do wyjaśnienia przyczyn tragedii. W akcji poszukiwawczej uczestniczyło kilkadziesiąt samolotów i okrętów, w tym atomowy okręt podwodny marynarki wojennej USA wyposażony w silne reflektory, kamery TV i chwytaki. Fragmenty samolotu kosmicznego wydobywane spod wody były bardzo niewielkich rozmiarów - silny wybuch rozniósł Challengera na kawałki. Składano je w przeznaczonej do tego celu hali na Cape Canaveral. Odnaleziono spore fragmenty pokrycia, części kabiny załogowej (m.in. część pulpitu aparatury kontrolnej), kawałki ogona, kadłuba, kilka cylindrycznych zbiorników. Wytrwale szukano szczątków astronautów.
Kilkadziesiąt kilometrów na południe od przylądka Canaveral, na plaży Melbourne Beach fale oceanu wyrzuciły część ludzkiej kości z pozostałościami niebieskiej skarpetki. Kombinezony takiego koloru miała na sobie załoga Challengera. Makabryczne znalezisko przekazano do szpitala wojskowego bazy lotniczej Patrick, gdzie przeprowadzono identyfikację.
Dwa tygodnie po katastrofie, 40 km od miejsca startu, za pomocą sonarów zlokalizowano większe skupisko szczątków kabiny załogowej. Leżały one na dnie, 30 metrów pod lustrem wody. W pobliżu znaleziono drobne przedmioty osobiste należące do astronautów, a wśród nich hełm i materiały lekcyjne nauczycielki Christy McAuliffe. Dopiero po sześciu tygodniach prac wydobyto stamtąd zwłoki astronautów. Ich szczątki były skrupulatnie badane przez patologów pracujących pod egidą rządu Stanów Zjednoczonych. Ciało jednego z astronautów odnaleziono jeszcze dwa miesiące później.
Prowadzone przez wiele miesięcy drobiazgowe badania szczątków zespołu startowego, zapisów kamer dokonujących kontrolnych rejestracji obrazu przygotowania i przebiegu startu oraz wyjaśnień specjalistów i raportów dokumentujących stan techniczny urządzeń stanowiska startowego i samolotu kosmicznego na wszystkich etapach przygotowania do startu, pozwoliły ustalić z wielką precyzją, że przyczyną tragicznej w skutkach eksplozji były grudki lodu, które utkwiły w kauczukowej uszczelce prawej rakiety wspomagającej. Zespół startowy w oczekiwaniu na start wystawiony był na chłodny wiatr. Spływająca po kadłubie rakiety woda deszczowa przedostała się w minimalnych ilościach w złącza segmentów rakiety wspomagającej i tam zamarzała na minimalne kryształki lodu. Po starcie bryłki lodu krusząc się, zgniatane ogromnymi siłami, naruszyły uszczelkę. Struga ognia wyrwała się przez nią, przepaliła łącznik mocujący rakietę boczną, a ta uderzyła w cieniutką ściankę głównego zbiornika wodoru i tlenu, który eksplodował.
Zbieranie szczątków zespołu startowego Challengera zakończyło się dopiero w końcu sierpnia 1986 roku. Trwało siedem miesięcy, w pracach uczestniczyło około sześciu tysięcy ludzi, 52 samoloty, 31 okrętów.
23 lutego 1987 roku, ponad rok po katastrofie, na Cape Canaveral gigantycznymi betonowymi pokrywami przykryto dwa silosy służące niegdyś za stanowiska bojowych rakiet balistycznych. Pogrzebano w nich około 107 ton pozostałości po zespole startowym Challengera, wszystko co udało się odnaleźć i wydobyć z dna Oceanu Atlantyckiego. NASA podjęła decyzję o wieczystym, a więc obowiązującym przez 99 lat zakazie publikowania zdjęć szczątków samolotu kosmicznego.
![]() Emblemat misji 51-L ![]() Załoga misji 51-L ![]() Challenger wybuchł 73 sekundy po starcie Marek Jarosiński |
|
||||||
|
|||||||