|
|
Powrócił na orbitę po 36 latach
Na pokładzie samolotu kosmicznego Discovery 29 października 1998 roku w wyprawę wokółziemską poleciał John Herschel Glenn - najstarszy wiekiem astronauta w kosmosie. Miał wówczas 77 lat, był senatorem Kongresu USA i był też weteranem amerykańskiego programu kosmicznego. Należał przecież do pierwszej siódemki amerykańskich astronautów przygotowywanych do pierwszej serii lotów kosmicznych programu Mercury, których nazwiska ogłoszono na uroczystej konferencji prasowej 9 kwietnia 1959 roku.
Glenn powrócił w kosmos po ponad 36 latach od swojego pierwszego i jedynego lotu kosmicznego. 20 lutego 1962 roku w ciasnej kabinie statku kosmicznego Mercury "Friendship 7" wykonał on trzy triumfalne okrążenia Ziemi. Jako pierwszy Amerykanin, lecz nie jako pierwszy człowiek w kosmosie, bowiem o ponad 10 miesięcy wyprzedził go Jurij Gagarin. To była klęska Ameryki, pogłębiona przez przyprawiający o zawrót głowy drugi wielki sukces Związku Radzieckiego - trwający całą dobę lot kosmiczny Hermana Titowa na pół roku przed kilkakrotnie odraczanym pierwszym amerykańskim orbitalnym lotem kosmicznym. I chociaż po wylądowaniu astronauta John Glenn był przyjmowany jak wielki bohater i nie skąpiono mu zaszczytów i odznaczeń wręczanych przez prezydenta USA Johna Kennedy'ego, to jednak skrywane uczucie goryczy towarzyszyło amerykańskim astronautom przez długi czas - do rozpoczęcia realizacji programu lądowania na Księżycu.
Start Mercury "Friendship 7" nastąpił 20 lutego 1962 roku o godz. 9.57 czasu miejscowego. W 3 minuty po starcie rakieta nośna wraz ze statkiem kosmicznym znikła z pola widzenia zgromadzonych w Cap Canaveral oficjeli. Mercury pilotowany przez Glenna wszedł na orbitę wokółziemską. Astronauta dokonywał obserwacji przestrzeni kosmicznej i Ziemi, przekazywał meldunki, próbował jedzenia, sprawdzał aparaturę pokładową, wypróbował ręczne sterowanie kapsułą.
Pod koniec prawie pięciogodzinnego lotu orbitalnego Johna Glenna w kabinie jego statku odezwał się sygnał alarmowy wskazujący, że żaroodporny pancerz lądownika mający od spodu ochronić kabinę przed przegrzaniem się i rozżarzeniem w wyniku tarcia o gęste warstwy atmosfery, jest obluzowany i może po prostu odpaść. W ośrodku kontroli misji w związku z tą - jak się później okazało, tylko domniemaną - awarią postanowiono zmienić procedurę lądowania i nie odrzucać zasobnika rakiet hamujących opasującego obejmami także pancerz ochrony termicznej. Przyjęto założenie, że w czasie lądowania, po nieuniknionym stopieniu zasobnika i pasów, opór stawiany przez powietrze dociśnie tarczę i zapobiegnie jej oderwaniu się od kabiny.
Po trzecim okrążeniu Ziemi rozpoczęto manewr schodzenia statku z orbity i wodowania. W dolnych warstwach jonosfery, jak zawsze urwała się łączność radiowa z astronautą. Niepokojąca cisza trwała cztery długie minuty, aż wreszcie operatorzy ośrodka kierowania lotem usłyszeli głośny, radosny okrzyk Glenna: - Jak prawdziwa kula ognista! Osiemnaście minut po wodowaniu, kapsułę wyłowił i przyjął na swój pokład amerykański niszczyciel Noa. Gdy astronaucie podano szklankę zimnego napoju, wypił łapczywie, przegarnął dłonią po krótko ostrzyżonej rudawej czuprynie, odchrząknął i powiedział, wskazując na spoczywającą nieopodal kapsułę Mercury: - Tam było bardzo gorąco.
John Glenn w dwa lata później, 26 lutego 1964 roku uległ banalnemu, lecz brzemiennemu w skutkach wypadkowi. Rankiem tego dnia, po goleniu, chciał zasunąć zacinające się lustrzane drzwiczki szafki łazienkowej - wyjął jedne z nich, by dokładnie je obejrzeć i w tej chwili poślizgnął się na dywaniku i padając, uderzył głową o brzeg wanny, a szkło rozbitego lustra poraniło jego twarz i ręce.
Badania lekarskie wykluczyły wówczas kolejne loty pierwszego amerykańskiego astronauty w kosmos. Przyjęto, że wypadek zdarzył się w wyniku zaburzeń ośrodka równowagi umieszczonego w uchu środkowym, powstałych w czasie przebywania Glenna w stanie nieważkości. Musiał on odejść z grupy astronautów. W roku 1998 ujawniono jednak inną przyczynę odsunięcia Glenna od udziału w kolejnych lotach kosmicznych. Zarządził tak podobno jeszcze w 1963 roku prezydent John Kennedy, który uznając Glenna za żywy pomnik amerykańskiego programu kosmicznego, miał ponoć zabronić dalszego udziału astronauty w niebezpiecznych wyprawach kosmicznych, by ustrzec go przed utratą życia. Jako bohater narodowy bardziej był Glenn potrzebny niż jako astronauta.
Wziął on potem udział w przygotowaniach, jako specjalista, do programu księżycowego Apollo, a w 1974 roku korzystając ze swej popularności, jako lotnika i astronauty, zaangażował się w działalność polityczną - z ramienia Partii Demokratycznej został wybrany na senatora reprezentującego jego rodzinny stan Ohio. W dziesięć lat później był nawet liczącym się kandydatem Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich 1984 roku.
W 1996 roku zaczął, jak to określiła prasa amerykańska "wykręcać rączki" szefom NASA forsując swój pomysł ponownego lotu w kosmos. Po dwóch latach starań, zjednywania do tego śmiałego projektu jednych i wymuszania swoich racji na drugich, John Glenn uzyskał zgodę na start na pokładzie samolotu kosmicznego Discovery w pażdzierniku 1998 roku. Był wówczas w wieku 77 lat, cieszył się jednak dobrym zdrowiem, zresztą warunki lotu orbitalnego na pokładzie samolotu kosmicznego były już przecież zupełnie inne niż w pionierskich czasach i przeciętny, zdrowy człowiek znosi taki lot orbitalny bez większych trudności.
Lot kosmiczny weterana, który w 1998 roku, po 36 latach powrócił na wokółziemskie orbity, wywołał niespotykane od lat zainteresowanie środków przekazu, porównywalne tylko ze startami do wypraw księżycowych. Start samolotu kosmicznego Dicovery obserwowało 250 tysięcy widzów przybyłych na Florydę, a wśród oficjalnych gości był sam prezydent USA, Bill Clinton, co prawda bardzo znękany wówczas najbardziej dramatycznymi etapami afery erotycznej związanej ze stażystką Białego Domu, Moniką Lewinsky. Triumfalny powtórny lot Glenna poza Ziemię ożywił wspomnienia z lat sześćdziesiątych, przypomniał pionierskie czasy podboju kosmosu i wspomógł propagandowo program kosmiczny realizowany na przełomie wieków.
Specjaliści medycyny kosmicznej wykorzystali dziewięciodniowy pobyt Glenna na orbicie wokółziemskiej do oceny oddziaływania warunków lotu kosmicznego na organizm astronauty w podeszłym wieku. Astronauta był podczas lotu bacznie obserwowany przez lekarza będącego w składzie załogi, Scotta Parazynskiego, który regularnie pobierał próbki krwi Glenna i był przez to nazywany przez niego hrabią Parazynskim w nawiązaniu do postaci legendarnego wampira hrabiego Draculi. Szczegółowe badania stanu zdrowia 77-letniego Glenna podczas lotu kosmicznego i jeszcze przez kilka miesięcy po powrocie na Ziemię dostarczyły wielu nowych informacji o procesach starzenia ludzkiego organizmu i o wpływie warunków lotu kosmicznego na kondycję fizyczną i psychiczną człowieka.

John Glenn w roku 1959 i...

w roku 1998
Marek Jarosiński
|
|