|
|
KOSMICZNA SZTUKA PRZEŻYCIA
Przetrwać w oceanie
Pierwszym astronautą, który po wylądowaniu z lotu balistycznego musiał stoczyć walkę o przetrwanie był Virgil Grissom, pilot Mercury MR-4 "Liberty Bell 7" w lipcu 1961 roku. Po piętnastominutowym wzlocie balistycznym kabina wodowała łagodnie, a jednak przechyliła się nieco na bok. Grissoma zaniepokoił fakt, iż iluminator znalazł się pod powierzchnią wody. Usłyszał także podejrzane bulgotanie. Błyskawicznie omiótł spojrzeniem wnętrze kabiny. Wszystko było w porządku, woda nie przedostawała się żadną drogą. "Liberty Bell 7" z wolna wyprostował się i odzyskał normalne położenie.
Nad kapsułą zawisły dwa śmigłowce. Astronauta zaczął kolejno uwalniać się od przewodów przyłączonych do jego skafandra. Po zakończeniu pracy umówił się z pilotem czuwającego nad kapsułą śmigłowca, że po zaczepieniu liny z hakiem o uchwyt i uniesieniu kabiny ponad wodę, odstrzeli drzwi włazu.
Nagle, jeszcze zanim śmigłowiec zdołał unieść kapsułę, ładunki wybuchowe wypaliły przedwcześnie i przez otwór odrzuconego włazu zaczęła gwałtownie przelewać się woda. Grissom, jak na doświadczonego pilota oblatywacza przystało, nie poddał się panice, działał rozważnie, choć szybko. Zdjął hełm i cisnął go pod nogi. Prawą ręką chwycił za krawędź tablicy przyrządów, wydźwignął się i wydostał przez otwór włazu.
Gdy znalazł się w wodzie obok kapsuły zauważył, że uruchomił się system awaryjny i wokół statku zaczęła rozlewać się na powierzchni wody żółta farba. Oznaczało to, że kapsuła tonie. Plama żółtej farby w wodzie miała wskazać miejsce jej zatonięcia. Astronauta szybko odpłynął w bok, aby uchronić się przed wciągnięciem pod wodę przez wiry wywołane tonięciem lądownika. Okazało się jednak, że w ferworze przymusowej ewakuacji zapomniał on o zamknięciu jednego z zaworów w swym kombinezonie, przez który między podwójne ścianki zaczęła dostawać się woda. Astronauta tracił siły.
Z drugiego śmigłowca ratowniczego, unoszącego się przez cały czas w pobliżu, rzucono w kierunku Grissoma koło ratunkowe. Jednak pilot śmigłowca nie mógł zbliżyć się do tonącego na wystarczającą odległość ze względu na pierwszy śmigłowiec wciąż walczący w pobliżu o uratowanie tonącej kabiny. Grissomowi nie udało się pochwycić koła ratunkowego. Jego głowa zaczęła co jakiś czas znikać pod wodą. Mimo doskonałego treningu, astronauta coraz gorzej radził sobie z utrzymywaniem się na powierzchni wody.
Sytuacja stawała się groźna. Pilot pierwszego śmigłowca zmuszony był w końcu podjąć trudną decyzję - zwolnił linkę i cenna kapsuła poszła na dno oceanu. Uwolniony od ciężaru śmigłowiec uskoczył w bok, zwalniając miejsce dla drugiej maszyny. Jej pilot doholował wreszcie koło ratunkowe do tonącego astronauty. Ten przedostał się do jego środka, przełożył przez ramiona i w chwilę później był już na pokładzie śmigłowca. Pierwsze, co uczynił po wdrapaniu się do wnętrza maszyny, to sięgnął po kamizelkę ratunkową. Wyjaśnił: - Jeśli wasz przeklęty grat wlezie w morze, nie mam zamiaru znowu przeżywać tej historii.
W lipcu 1999 roku ekspedycja poszukiwawcza przeprowadzona przez entuzjastów tego rodzaju poszukiwań podwodnych wydobyła kabinę kosmiczną Virgila Grissoma. Odnaleziono ją około 480 km na południowy wschód od Przylądka Canaveral na Florydzie. Leżała na głębokości 5 km. Wykonana była z najwyższej jakości metali, toteż 38-letni pobyt na dnie oceanu niewiele jej zaszkodził. Na jej poszyciu wyraźnie widniał niezatarty napis Liberty Bell 7. Kapsuła jest obecnie niezwykłym zabytkiem techniki kosmicznej XX wieku.
Marek Jarosiński
|
|