Magazyn astronautyczny www.astronautyka.planty.pl

Strona Główna

Historia załogowej Kosmonautyki

Aktualności

Ciekawostki

Galeria

Książki

Kontakt z twórcami strony


CIEKAWOSTKI

Kosmiczna Sztuka przeżycia

Przetrwać w oceanie

Przy ognisku z nożami w rękach

W ciemności bez tlenu i wody

Kartki wydarte z instrukcji

Przetrwali w lodowej pułapce

Alibi Kosmonauty

Eskadra UFO

16 pocisków dla Breżniewa

KOSMICZNA SZTUKA PRZEŻYCIA

Kartki wydarte z instrukcji

5 kwietnia 1975 roku. Na pokładzie statku kosmicznego Sojuz w kierunku stacji orbitalnej Salut-4 startują Wasilij Łazariew i Oleg Makarow. Start rakiety nośnej z początku przebiegał normalnie - zakończył działanie pierwszy stopień rakiety, drugi, zaczął pracę trzeci, odpadła osłona aerodynamiczna. Statek przebył już gęste warstwy atmosfery, do wejścia na orbitę pozostało około 4 minut i 20 sekund. I w tym momencie w kabinie załogowej przeraźliwie zawyła syrena alarmowa, zamigotała kontrolka: "Awaria rakiety nośnej". Błyskawicznie zadziałała automatyka, ładunki pirotechniczne układu awaryjnego rozdzieliły segmenty statku kosmicznego. Kabina załogowa stała się w tej jednej chwili lądownikiem, choć siła bezwładności jeszcze niosła ją w górę.

Operator łączności z kosmodromu natychmiast wezwał załogę, lecz kosmonauci Łazariew i Makarow nie odpowiadali.
Oleg Makarow, inżynier Biura Konstrukcyjnego, specjalista sytuacji awaryjnych od razu zrozumiał co się stało.

- Trzymaj się - zdążył jeszcze rzucić do dowódcy. - Zaraz zaczniemy opadać. Przeciążenia będą duże.
- Obliczyłeś?
- Gdzieś pod 20 g - odpowiedział. - Ładna historia. Do tego nie wiadomo gdzie opadniemy.

Kabina Sojuza wzniosła się do wysokości 192 km, a potem zaczęła spadek po torze balistycznym. Kilkusekundowa nieważkość gwałtownie ustępowała miejsca nieubłaganie narastającym przeciążeniom. Lądownik zagłębiał się w gęste warstwy atmosfery. Przeciążenia osiągnęły przez chwilę 20 jednostek. Zwykły człowiek z ulicy nie ma prawa tego przeżyć, nie wytrzymają jego narządy wewnętrzne. Skóra pokrywa się krwią, bo pękają naczynia krwionośne. Kosmonauci uszli z życiem z tej próby tylko dzięki wieloletnim treningom przeciążeń.

I dzięki treningom sztuki przeżycia.

Nad lądownikiem automatycznie otworzyła się czasza pierwszego malutkiego spadochronu wyciągającego, potem hamującego i wreszcie ogromna płaszczyzna spadochronu głównego.

- Pod wami są góry, bądźcie ostrożni... Góry... Góry... - nadawał ciągle kosmodrom nie mając pewności, czy załoga odbiera komunikaty. - Grupa poszukiwawczo-ewakuacyjna już do was leci. Wkrótce was znajdą... Uważajcie, pod wami góry...

Lądownik Sojuza po 21 minutach i 27 sekundach od startu osiadł w górach Ałtaj w pobliżu granicy z Chinami, w odległości 2 tysięcy kilometrów od kosmodromu.

Kiedy Łazariew i Makarow wygrzebali się z kabiny statku kosmicznego, ze zgrozą odkryli, że lądownik tkwi na zboczu niedostępnej góry i utrzymywany jest przez spadochron zamotany w krzakach. A w dole - przepaść.

Temperatura na tej wysokości była grubo poniżej zera, wiał zimny wiatr. śnieg - jak to w górach - niemalże do pasa. I odludzie, w promieniu wielu dziesiątków, a może i setek kilometrów ani jednego człowieka. Momentalnie przemarzli. Naciągnęli na siebie wodoodporne kombinezony ułożone w lądowniku na wypadek awaryjnego wodowania. Wydobyli kontenery NAZ (awaryjny zapas nienaruszalny). Teraz błogosławili przeklinane przez kosmonautów uciążliwe treningi "na przeżycie", jakie niejeden raz dotąd przechodzili. Właśnie znaleźli się w realnej, już nie treningowej, sytuacji ekstremalnej, jak najbardziej ekstremalnej.

Otworzyli zestawy i przejrzeli ich zawartość. Z westchnieniem ulgi wydobyli z nich ciepłą odzież. Odrzucili nieprzydatne w ich położeniu wyposażenie wędkarskie, odłożyli na bok środki opatrunkowe i leki - również zbędne, przynajmniej na razie. Uruchomili wszystkie awaryjne środki łączności, działały. Zresztą od początku pracowała automatycznie włączana radiolatarnia, coś w rodzaju radiowej latarni morskiej, która była umieszczona nad lądownikiem, przy wiązaniach spadochronu.

No i wreszcie zainteresowali się żelaznym zapasem żywności i wody. Wyposażenia awaryjnego dopełniała broń myśliwska i rakietnice. Rozejrzeli się po okolicy, ale nie znaleźli najmniejszych śladów obecności jakichkolwiek zwierząt.

Po kilku godzinach usłyszeli hałas silnika, pojawił się nad nimi śmigłowiec. Potem następny. Zataczały kręgi nad kosmonautami. Znalazły ich, a upewniwszy się co do tego, odleciały. Zaczęło się ściemniać i ochłodziło się. Łazariew i Makarow, kosmiczni rozbitkowie, postanowili rozpalić ognisko. Pościągali gałęzie z okolicy. Zapałki były w zestawie awaryjnym. Tylko jak zapalić mokre od śniegu gałęzie? Papier, potrzebny papier. Okazało się, że nikomu wcześniej nie przyszło do głowy, aby w zestawie awaryjnym umieścić zapas papieru na podpałkę. Z rozpaczą przewrócili kieszenie skafandrów kosmicznych i ocieplanej odzieży - nic, no bo i skąd. Przetrząsnęli jeszcze raz kontenery NAZ i wreszcie znaleźli coś, co nadawało się do rozniecenia ognia, instrukcję "Czynności załogi w terenie bezludnym". Na początek wydarli z niej kartki tytułowe rozdziałów. Jakże byli wdzięczni autorom broszury za obszerne, "łopatologiczne" potraktowanie tematu i to w wielu rozdziałach! Zapłonął ogień. Zjedli po kilka sucharów, popili wodą i cóż, nie pozostawało im nic innego jak tylko czekać na pomoc.

W nocy raz po raz nadlatywał nad nich samolot, jakby uspokajając, że o nich nie zapomniano. Wiatr ucichł, przez rozsnuwające się chmury przetarło się wygwieżdżone niebo. Popatrzyli na siebie i z łatwością pojęli o czym obaj teraz myśleli. Mieli być tam, w kosmosie, a nie tutaj, skuleni z zimna przy mdłym ognisku gdzieś w górach, licho wie gdzie. Stało się zupełnie cicho, chwilami tylko zaszumiały drzewa. Spać im się nie chciało. Nie rozmawiali wiele, rozmowa jakoś się nie kleiła. Przesiedzieli noc przy ognisku milcząc.

O pierwszym świtaniu nadciągnęła nad nich cała kawalkada śmigłowców. Jeden z nich zawisł nad pobliskimi sosnami. Spuszczono z niego stalową linkę. Pierwszy został ewakuowany Oleg Makarow. Zaczepił karabińczyk i pociągnięty został w górę, do wnętrza śmigłowca. Dowódca załogi, Wasilij Łazariew zabrał ze sobą teczkę z dokumentacją, zamknął starannie właz lądownika i podążył w ślad za Makarowem. Grupa techniczna zabrała kabinę Sojuza. Obaj kosmonauci natychmiast zostali objęci opieką lekarską. Już pierwsze badania wykazały, że dobrze znieśli trudne awaryjne lądowanie. Był to pierwszy w radzieckiej kosmonautyce przypadek praktycznego zadziałania systemu awaryjnego SAS w pilotowanym locie kosmicznym. Niezamierzony załogowy wzlot balistyczny dla porządku oznaczono kryptonimem Sojuz 18-1.

Marek Jarosiński


 

KSIĄŻKI
"Tajemnice, które wyszły na jaw"
"Tajemnice, które wyszły na jaw"

"Krzyk w kosmosie"
"Krzyk w kosmosie"

"Jak zaginać nauczycieli"
"Jak zaginać nauczycieli"


Page Design © CYFRANET & Maciej Myśliwiec
All Rights Reserved

Page optimized for IE 5.0 and NN 4.72
Best quality in 800x600 or 1024x768
E-mail Maciej Myśliwiec