|
|
KOSMICZNA SZTUKA PRZEŻYCIA
Przetrwali w lodowej pułapce
Październik 1976 roku. Do stacji orbitalnej Salut-5 wystartował z Bajkonuru statek kosmiczny Sojuz-23. Dowódcą wyprawy był Wiaczesław Zudow, inżynierem pokładowym Walerij Rożdiestwieński. Odnalazł stację i zaczął manewr zbliżania do niej. Zbliżał się powoli. W pewnym momencie okazało się, że parametry zbliżania są niewłaściwe, kierownictwo lotu nakazało przerwanie połączenia. Ale w Zudowie odezwały się ambicje. Na przekór decyzji kierownictwa lotu spróbował dobić do Saluta. Po kilku próbach zużył taką ilość paliwa, że jego zapas mógł wystarczyć już tylko na doprowadzenie statku do hamowania i zejścia z orbity.
Na tym jednak nieprzyjemności się nie skończyły. Po dwóch dobach nieudanego lotu, Sojuz-23 zszedł do lądowania w Kazachstanie. Kabina z załogą, opadając na rozległy step, trafiła akurat w wodę, w słone jezioro Tengiz, około 195 km na południowy zachód od Celinogradu. Ba, gdyby w samą wodę - nie byłoby problemu, bo lądownik Sojuza był przecież przystosowany do awaryjnego wodowania. Na nieszczęście lądownik ugrzązł w kaszowatej błotno-śniegowej mieszaninie i to kilka kilometrów od brzegu. Do tego jezioro spowijała gęsta mgła, a mróz był - że daj Boże zdrowie - 22 stopnie poniżej zera. Co jeszcze dodać? Noc była. I zawierucha, właściwie już zimowa, mimo że działo się to w połowie października. W sumie niewesoło.
Wkrótce okazało się, że sytuacja załogi statku kosmicznego jest jeszcze gorsza niż wynikałoby z powyższej wyliczanki utrudnień akcji ewakuacyjnej. W ich kabinie kończyły się zapasy tlenu i stawało się coraz zimniej. Otworzyć włazu dla zaczerpnięcia świeżego powietrza, nawet za cenę szybszego ochłodzenia wnętrza lądownika, kosmonauci nie mogli. Luk znajdował się w wodzie. Z wierzchu statek był zasypywany przez śnieg. Szanse kosmonautów na wyjście cało z opresji zmniejszały się z godziny na godzinę. Tkwili w lodowej pułapce.
Samolot grupy poszukiwawczo-ewakuacyjnej odnalazł na jeziorze światła sygnalizacyjne lądownika. Wcześniej z kosmonautami nawiązano łączność radiową. Ale jak do nich dotrzeć?
W wody jeziora zrzucono ekipę płetwonurków i ciężki sprzęt pływający. W gęstej mgle z trudem przebijali się oni do lądownika statku kosmicznego. Wkrótce sztab akcji musiał myśleć już nie tylko o ratowaniu kosmonautów, ale samych ratowników także.
Kosmonauci uwięzieni w kabinie z rosnącym niepokojem odmierzali czas niebezpiecznie przedłużającej się akcji ratowniczej. Do kontenerów NAZ nie sięgali, bo upakowani w ciasnej kabinie Sojuza nawet nie mieli możliwości otworzenia zasobników. Głód zaspokajali korzystając ze sporych zapasów zafoliowanego pożywienia przewidzianego na planowany czas ich wyprawy kosmicznej, a miała ona trwać kilka tygodni. Gorzej było z zaspokajaniem potrzeb fizjologicznych, bo urządzenie mające im przynosić ulgę krążyło sobie w najlepsze gdzieś w kosmosie po przypadkowej orbicie wokółziemskiej. Umieszczone bowiem było w kulistej części orbitalnej Sojuza, odstrzelonej na krótko przed zejściem kabiny załogowej do lądowania.
Jedenaście godzin, tyle trwała akcja ewakuacji Zudowa i Rożdiestwieńskiego. Pierwszy od góry dotarł do nich śmigłowiec. Ekipa ratowników opuszczona z pokładu maszyny pomogła załodze Sojuza-23 wydostać się z lodowej pułapki. Jeden z następnych śmigłowców przeniósł lądownik na brzeg.
Gdy kosmonauci, zziębnięci i zmęczeni, stanęli na stałym lądzie, ktoś z obecnych zauważył:
- W Kazachstanie jest tyle stepu, a wy musieliście trafić właśnie w jezioro.
- Inaczej być nie mogło - zareplikował Zudow. - Przecież inżynier pokładowy - jedyny z kosmonautów - jest marynarzem.
Rzeczywiście, Walerij Rożdiestwieński, po ukończeniu Wojskowej Wyższej Inżynieryjnej Uczelni Morskiej, zanim przeszedł do oddziału kosmonautów, przesłużył kilka lat w marynarce wojennej.
Marek Jarosiński
|
|