Magazyn astronautyczny
STRONA GŁÓWNA
ARTYKUŁY
Niewidzialny kokon

Rosjanie lecieli na Księżyc

Pierwsza Załoga

Tow. Lenin o statku kosmicznym

Nawet Ameryce zabrakło wyobraźni

Nie chciał umierać jako samobójca

Wybrani spośród milionów

Ucieka tlen!

Odyseja Kosmiczna - Finał

Misje roku 2002

Rok 1986

Chińska kosmonautyka

Amerykanin w saunie z komunistą

Tylko wzlot

Czy żyje? Nadaje sygnały?

Iwan Iwanowicz przed Gagarinem

Hubble po raz czwarty

Najważniejsze, żeby nie mieli pietra

12 minut kosmicznego mrozu

Z Kosmosu na dno oceanu

Swięty Mikołaj Istnieje!

Szum wokół
STS-113


Życie przywiezione z Księżyca

Nie udało się sfilmować

Sądzicie, że będę mniej kochał Gagarina?

Garść pyłu księżycowego

Miało być lądowanie radzieckich kosmonautów na Księżycu

Telefon z Moskwy

W przypadkowych miejscach spadł Skylab i Salut-7

Breżniew się zdenerwował

Kierowca zginął przez pomyłkę

Pierwsza radziecka stacja orbitalna

Nie dosięgnął

Start Challengera

Ognista smuga

LUDZIE
ASTRONAUTYKI
W. S. Warłamow

H. Titow

J. L. Ross

D. A. Tito

S. Krikalow

W. N. Bondarienko

J. H. Glenn

W. W. Tierieszkowa

Z kosmosu na dno oceanu

W latach pięćdziesiątych rozważano w Związku Radzieckim, w biurze konstrukcyjnym Siergieja Korolowa plan przeprowadzenia kilkunastominutowego wzlotu balistycznego rakiety z człowiekiem na pokładzie. Jednakże Korolowowi wydało się to przedsięwzięciem połowicznym. Uważał, że nakład pracy i środków finansowych na realizację tego projektu będzie w zasadzie nie mniejszy niż na przygotowanie rakiety nośnej i statku kosmicznego stwarzającego możliwość przeprowadzenia lotu człowieka po orbicie wokółziemskiej. I miał słuszność, to dzięki temu posunięciu Rosjanie zaskoczyli świat pierwszym pilotowanym lotem kosmicznym wokół Ziemi. I dzięki temu pierwszy w kosmosie był Gagarin, a nie amerykański astronauta Alan Shepard, który wykonał jedynie wzlot balistyczny, a i to po locie pierwszego radzieckiego kosmonauty.

Amerykanie popełnili błąd stawiając na plan wzlotów balistycznych i zaniedbując przez to przygotowania do lotów po orbicie wokółziemskiej. Ten błąd zemścił się na nich w 1961 roku, gdy Związek Radziecki pokazał światu, że w technice kosmicznej poszedł znacznie dalej niż USA. Pierwsza amerykańska próba bezzałogowego lotu kabiny Mercury poniosła fiasko. 19 lipca 1960 roku Mercury MA-1 eksplodował w 65 sekundzie po starcie. Druga próba, 21 listopada 1960 roku również zakończyła się niepowodzeniem. Kabina bezzałogowego Mercurego MR-1 za wcześnie oddzieliła się od rakiety nośnej. Dopiero lot Mercurego MR-2 był udany. Kabina wzleciała po krzywej balistycznej i po kilkunastu minutach wodowała. Jej pasażerem był ulubieniec ośrodka rakietowego Cape Canaveral na Florydzie "astronauta" szympans o imieniu Ham. W lutym 1961 roku pomyślnie przeprowadzono bezzałogowy wzlot balistyczny Mercury MA-2.
12 kwietnia 1961 roku z radzieckiego kosmodromu Bajkonur wystartował statek kosmiczny Wostok z kosmonautą Jurijem Gagarinem, który wykonał pierwszy orbitalny lot kosmiczny całkowicie okrążając Ziemię. Tak więc przeprowadzony dopiero 5 maja 1961 roku wzlot kabiny Mercury MR-3 z Alanem Shepardem na pokładzie nie miał wydźwięku, o jaki chodziło Amerykanom. Kabina kosmiczna osiągnęła wysokość 186 kilometrów, po czym, zgodnie z programem przedsięwzięcia, nie weszła na orbitę, lecz opadła po torze balistycznym i wodowała po 15 minutach i 22 sekundach lotu.

Podczas drugiego amerykańskiego wzlotu balistycznego kabiny Mercury MR-4, astronaucie Virgilowi Grissomowi przydarzył się niebezpieczny wypadek. 21 lipca 1961 roku, po piętnastominutowym wzlocie kabina Mercurego MR-4 "Liberty Bell 7" wodowała łagodnie, a jednak przechyliła się nieco na bok. Grissoma zaniepokoił fakt, iż iluminator znalazł się pod powierzchnią wody. Usłyszał także podejrzane bulgotanie. Błyskawicznie omiótł spojrzeniem wnętrze kabiny. Wszystko było w porządku, woda nie przedostawała się żadną drogą. "Liberty Bell 7" z wolna wyprostowała się i odzyskała normalne położenie dzięki pływakom pierścieniem otaczającym kabinę. Nad kapsułą zawisły dwa śmigłowce. Astronauta zaczął kolejno uwalniać się od przewodów przyłączonych do jego skafandra. Po zakończeniu pracy umówił się z pilotem śmigłowca czuwającego nad kapsułą, że po zaczepieniu liny z hakiem o uchwyt i uniesieniu kabiny ponad wodę, odstrzeli drzwi włazu. Nagle, jeszcze zanim śmigłowiec zdołał unieść kapsułę, ładunki wybuchowe wypaliły przedwcześnie i przez otwór odrzuconego włazu zaczęła gwałtownie przelewać się woda. Grissom, jak na doświadczonego pilota oblatywacza przystało, nie poddał się panice, działał rozważnie, choć szybko. Zdjął hełm i cisnął go pod nogi. Prawą ręką chwycił za krawędź tablicy przyrządów, wydźwignął się i wydostał przez otwór włazu.

Gdy znalazł się w wodzie obok kapsuły zauważył, że uruchomił się system awaryjny i wokół statku zaczęła rozlewać się na powierzchni wody żółta farba. Oznaczało to, że kapsuła tonie. Plama żółtej farby w wodzie miała wskazać miejsce jej zatonięcia. Astronauta szybko odpłynął w bok, aby uchronić się przed wciągnięciem pod wodę przez wiry wywołane tonięciem lądownika. Okazało się jednak, że w ferworze przymusowej ewakuacji zapomniał on o zamknięciu jednego z zaworów w swym kombinezonie, przez który między podwójne ścianki zaczęła dostawać się woda. Astronauta tracił siły. Z drugiego śmigłowca ratowniczego, unoszącego się przez cały czas w pobliżu, rzucono w kierunku Grissoma koło ratunkowe. Jednak pilot śmigłowca nie mógł zbliżyć się do tonącego na wystarczającą odległość ze względu na pierwszy śmigłowiec wciąż walczący w pobliżu o uratowanie tonącej kabiny. Grissomowi nie udało się pochwycić koła ratunkowego. Jego głowa zaczęła co jakiś czas znikać pod wodą. Mimo doskonałego treningu, astronauta coraz gorzej radził sobie z utrzymywaniem się na powierzchni wody.

Sytuacja stawała się groźna. Pilot pierwszego śmigłowca zmuszony był w końcu podjąć trudną decyzję - zwolnił linkę i cenna kapsuła Mercury MR-4 poszła na dno oceanu. Uwolniony od ciężaru śmigłowiec uskoczył w bok, zwalniając miejsce dla drugiej maszyny. Jej pilot doholował wreszcie koło ratunkowe do tonącego astronauty. Ten przedostał się do jego środka, przełożył przez ramiona i w chwilę później był już na pokładzie śmigłowca. Pierwsze, co uczynił po wdrapaniu się do wnętrza maszyny, to sięgnął po kamizelkę ratunkową. Wyjaśnił:
- Jeśli wasz przeklęty grat wlezie w morze, nie mam zamiaru znowu przeżywać tej historii.

Virgil Grissom poleciał w kosmos jeszcze raz w marcu 1965 roku na pokładzie dwuosobowego Gemini-3, w pierwszym załogowym locie orbitalnym statku kosmicznego tego typu. Potem brał udział w przygotowaniach do amerykańskich wypraw księżycowych Apollo. W styczniu 1967 roku podczas treningu naziemnego zginął w pożarze we wnętrzu kabiny statku kosmicznego Apollo.

W lipcu 1999 roku ekspedycja poszukiwawcza przeprowadzona przez entuzjastów tego rodzaju poszukiwań podwodnych, wydobyła kabinę Mercurego MR-4 Virgila Grissoma. Odnaleziono ją około 480 km na południowy wschód od Przylądka Canaveral na Florydzie. Leżała na głębokości 5 km. Wykonana była z najwyższej jakości metali, toteż 38-letni pobyt na dnie oceanu niewiele jej zaszkodził. Na jej poszyciu wyraźnie widniał niezatarty napis Liberty Bell 7. Kapsuła jest obecnie niezwykłym zabytkiem techniki kosmicznej XX wieku.


Kapsuła Liberty Bell 7 sfotografowana na dnie oceanu.

Marek Jarosiński


KSIĄŻKI
"Tajemnice, które wyszły na jaw"
"Tajemnice, które wyszły na jaw"

"Krzyk w kosmosie"
"Krzyk w kosmosie"

"Jak zaginać nauczycieli"
"Jak zaginać nauczycieli"


Page Design © CYFRANET & Maciej Myśliwiec
All Rights Reserved

Page optimized for IE 5.0 and NN 4.72
Best quality in 800x600 or 1024x768
E-mail Maciej Myśliwiec