|
|
Czy żyje? Nadaje sygnały?
12 kwietnia 1961 roku wystartował Wostok pilotowany przez pierwszego kosmonautę Jurija Gagarina. Start nastąpił o godzinie 9.07 czasu moskiewskiego. 15 minut później amerykańska stacja radarowa na Aleutach na Oceanie Spokojnym przechwyciła sygnały radzieckiego pilotowanego statku kosmicznego.
Natychmiast wysłano szyfrówkę do Waszyngtonu. Oficer, który pełnił nocny dyżur, zadzwonił do dr. J. Weiznera, doradcy naukowego prezydenta USA J. Kennedy'ego. Wyrwał go z łóżka. W Waszyngtonie była godzina 1.30 w nocy. Upłynęły 23 minuty od startu Wostoka. Niezwykła, ale od dawna oczekiwana wiadomość natychmiast została opublikowana przez amerykańskie środki przekazu.
Jakiś dociekliwy amerykański reporter o 3 nad ranem zadzwonił do ośrodka treningowego amerykańskich kandydatów do lotu kosmicznego na Florydzie z pytaniem, co robią astronauci? Ppłk Power, odpowiedzialny za ich szkolenie, który odebrał ten telefon, nie wiedząc jeszcze o locie Gagarina, odpowiedział zaskoczony dziwnym pytaniem: - Co mają robić? śpią!
Komunikat TASS radio Moskwa podało głosem znanego lektora Jurija Lewitana, który odczytywał najważniejsze komunikaty, jak na przykład o wybuchu wojny i zwycięstwach wojsk radzieckich, kilka minut przed godziną 10 czasu moskiewskiego. Pięćdziesięciominutowe wstrzymanie nadania komunikatu tłumaczono po latach tym, iż trzeba było czekać na podpisanie przez ministra obrony ZSRR marszałka Rodiona Malinowskiego rozkazu o przedterminowym awansowaniu Jurija Gagarina ze starszego lejtnanta do stopnia majora - z pominięciem stopnia kapitana. Tak jakby to było najważniejsze. Kto dziś pamięta, jaki stopień nosił pierwszy kosmonauta przed startem w kosmos, a jaki po wylądowaniu? Czy miało to jakieś znaczenie? W rzeczywistości to opóźnienie opublikowania informacji o starcie Gagarina było asekuracją na wypadek, gdyby doszło do tragicznego wypadku - władze miałyby czas na zatuszowanie sprawy lub przynajmniej pomniejszenie wyjątkowo negatywnego znaczenia takiej katastrofy.
Tego kwietniowego poranka Chruszczow niecierpliwie czekał na telefony z dalekiego Kazachstanu, z Bajkonuru. Na drugim końcu gorącej linii Korolow krzyczał do słuchawki ochrypłym ze zmęczenia i przejęcia głosem:
- Spadochron się otworzył, zbliża się do lądowania! Statek w porządku!
Chruszczow nerwowo dopytywał się o Gagarina:
- Czy żyje, nadaje sygnały? Żyje? Żyje?
- Żyje! - uspokajał go Korolow.
Specjaliści medycyny kosmicznej obawiali się, że kosmonauta poddany działaniu stanu nieważkości może doznać zmian psychicznych, może nagle przyjść mu do głowy chęć przedwczesnego rozpoczęcia procedury lądowania. Dlatego czerwony przycisk uruchamiający manewr zejścia z orbity był na pulpicie Wostoka ochroniony specjalnie skonstruowaną przykrywką, której otworzenie możliwe było dopiero po uruchomieniu przez kosmonautę zamka logicznego. Zamek ten otwierał przykrywkę po naciśnięciu przez kosmonautę trzech z dziesięciu, od zera do dziewięciu, przycisków we właściwej kombinacji. Trzycyfrowy kod wypisany był na wewnętrznej stronie zapieczętowanej koperty przyczepionej w widocznym miejscu kabiny. Kosmonauta musiał więc udowodnić sprawność psychiczną w stopniu podstawowym, umożliwiającym otworzenie koperty, odczytanie kodu i właściwe naciśnięcie trzech przycisków. Zabezpieczać to miało przed uruchomieniem silników hamujących w innym momencie niż planowany.
Gagarin poradził sobie z zadaniem logicznym, ale lądowanie i tak było trudne. Omal nie doszło do katastrofy. Lądownik Wostoka wpadł w szybkie wirowanie doprowadzając Gagarina do stanu bliskiego utraty świadomości. Obraz przyrządów zaczął mu się rozmywać. Wirowanie jednak stopniowo ustało. Dopiero po wielu latach, w 1987 roku odtajniona została jego relacja na ten temat, którą złożył zaraz po wylądowaniu, gdy samolotem przewieziono go do Kujbyszewa, gdzie w wąskim gronie specjalistów meldował o przebiegu lotu.
Wostok wylądował o godzinie 10.55 czasu moskiewskiego.
Kosmonauta katapultował się z lądownika i opadł na spadochronie. Dzisiejszego Czytelnika pewnie to zadziwi, ale fakt ten, prawdziwy sposób lądowania Gagarina, przez lata był okryty tajemnicą. W oficjalnej wersji twierdzono, że kosmonauta wylądował wewnątrz kulistego aparatu lądującego. Utrzymywał tak również sam Gagarin, od którego oczekiwano powtarzania tego kłamstewka.
Po co? Decydentom w sprawach propagandy wydawało się, że tak będzie lepiej, bardziej elegancko. Poza tym - co ważniejsze - w przygotowywanych przez Amerykanów lotach pilotowanych statków kosmicznych Mercury schemat lotu przewidywał wodowanie astronautów w kabinie statku. Amerykanie mogą sprowadzać astronautów na Ziemię bezpiecznie i wygodnie, a Rosjanie nie? Radziecki kosmonauta musi się katapultować z kabiny jakby był ofiarą wypadku?
Pilot Wostoka w ostateczności mógłby wylądować w kabinie, ale nie byłoby to całkowicie bezpieczne, bo specjaliści przygotowujący lot Wostoka nie zdążyli na czas z opracowaniem skutecznego, w pełni niezawodnego sposobu lądowania statku kosmicznego. Dlatego - żeby nie opóźnić całego przedsięwzięcia - zdecydowano się przyjąć wariant lądowania przewidujący katapultowanie kosmonauty wraz z siedziskiem na wysokości około 7 kilometrów.
Kandydaci na kosmonautów przechodzili treningi skoków spadochronowych z wykorzystaniem systemu spadochronowego, podobnego jak w statku kosmicznym. Ćwiczący, odziany w skafander kosmiczny i ułożony w przeszło stukilogramowym siedzisku stanowiącym jednocześnie fotel pilota statku Wostok, był wyrzucany z pokładu samolotu. Rolę ładunków odstrzeliwujących spełniały w tych treningach ręce dwóch krzepkich żołnierzy wojsk powietrzno-desantowych. Ostatnie próby lotnicze urządzenia katapultującego przeprowadzono w Azji środkowej. Inżynier W. Gołowin i mistrz spadochroniarstwa P. Dołgow wielokrotnie skakali z pokładu przebudowanego bombowca Ił-28. Te próby przeciągnęły się do pierwszych dni kwietnia 1961 roku. Łagodne lądowanie kabiny powrotnej statku kosmicznego z wykorzystaniem wielostopniowych spadochronów i prochowych ładunków wybuchowych zrealizowano po raz pierwszy w lotach dwóch Woschodów w 1964 i 1965 roku.
Inna sprawa, że Amerykanom było łatwiej - ich statki kosmiczne wodowały w oceanie, można więc było zastosować w nich worki pneumatyczne o prostej konstrukcji. Resztę energii upadku skutecznie pochłaniała woda.
Tak więc Jurij Gagarin lądował ze spadochronem. Kulisty Wostok opadł, także na spadochronach, oddzielnie. Wylądował pośrodku zaoranego pola w pobliżu wsi Smiełowka na południowy zachód od miasta Engels na polu kołchozu "Leninowska droga", kilkadziesiąt metrów od urwiska głębokiego wąwozu, w którym płynęła Wołga.
Następni piloci Wostoków lądowali w taki sam sposób, lecz w ich wypadku nie robiono z tego tajemnicy. Powstało z tego powodu zamieszanie. W dziesiątkach publikacji, w których wspomina się o pierwszych po wylądowaniu krokach Gagarina na Ziemi i o jego spotkaniu z żoną miejscowego leśniczego, Anną Tachtarową, i jej wnuczką Ritą, które właśnie sadziły tam ziemniaki raz pisano, że widziały kosmonautę wychodzącego po wylądowaniu z kabiny Wostoka, innym razem, że obserwowały go "spadającego z nieba".
Gagarin we wspomnieniach opisał swoje lądowanie, ale tak enigmatycznie, że nie wynika z tej relacji, w jaki sposób wylądował. Po kilku latach sprostowano tę nieścisłość, ale do tej pory w różnych publikacjach tu i ówdzie można spotkać tę nieprawdziwą wersję.
Jego lot kosmiczny, w sumie udany, wyzwolił nową falę entuzjazmu Chruszczowa. W kilka godzin po lądowaniu zadzwonił on do Gagarina:
- Rad będę spotkać się z wami w Moskwie - mówił. - Wraz z wami, wraz z całym naszym narodem uroczyście święcić będziemy ten wielki czyn w opanowaniu kosmosu. Niechaj cały świat patrzy i widzi, do czego zdolny jest nasz kraj, czego może dokonać nasz wielki naród, nasza nauka radziecka.
- Niechaj teraz wszystkie kraje nas dościgną - grzecznie i po myśli Chruszczowa zauważył Jurij Gagarin.
- Słusznie mówicie, niechaj kraje kapitalistyczne dogonią nasz kraj, który utorował drogę do kosmosu, wysyłając pierwszego w świecie kosmonautę.
Kosmonauci radzieccy od początku byli strofowani - to powiedzieć wolno, a tego nie. W trzy dni po locie Wostoka w Domu Naukowca w Moskwie zorganizowano konferencję prasową z udziałem Gagarina. Stół, przy którym siedział, był zasypany kartkami z pytaniami. Wszyscy chcieli dowiedzieć się wszystkiego naraz. Licznie zgromadzeni na konferencji prasowej dziennikarze zauważyli, że towarzyszący Gagarinowi członek Akademii Nauk ZSRR J. Fiodorow od razu zajął się selekcją tych kartek. Większość odkładał na bok. Na jednych coś skreślał, na innych dopisywał.
- Kiedy dowiedział się pan o tym, że jest pan "numerem pierwszym"? - po odczytaniu na głos kolejnego pytania Gagarin uśmiechnął się przepraszająco i odpowiedział:
- Dowiedziałem się o tym w przewidzianym terminie...
W gronie radzieckich dziennikarzy zajmujących się tematyką kosmiczną krążyła potem anegdota powstała w związku z tamtą niezapomnianą konferencją prasową.
Pytanie:
- Wspomniał pan, że w kosmosie jadł pan konfiturę z porzeczek. Z czarnych czy czerwonych?
Kosmonauta (po długich szeptach z akademikiem Fiodorowem):
- Z dobrych porzeczek.
W radzieckich środkach przekazu kosmonautów przedstawiano jako chodzące ideały. Tymczasem kosmonauci to też ludzie ze swoimi problemami. W 1995 roku rosyjska gazeta "Moskowskij Komsomolec" zamieściła fragmenty pamiętników gen. Kamanina. Pisał on, że Gagarin miał skłonności do przechylania kieliszka i uwodzenia kobiet. Podobno dzięki swej popularności miał w tym duże sukcesy ku utrapieniu jego żony. Kamanin zapisał, że pewnego razu, wkrótce po locie kosmicznym, Gagarin oczarował młodą kobietę z personelu hotelu, zamknął się z nią w pokoju hotelowym, a gdy do drzwi energicznie zapukała jego żona, uciekł na balkon i wyskoczył na beton dotkliwie raniąc sobie twarz - złamany łuk brwiowy wymagał interwencji chirurgicznej. "Widziałem go leżącego na ławce parkowej z zakrwawioną twarzą" - pisał Kamanin, a fantastą nie był. Gagarina przez to zranienie ominęła okazja do triumfalnego wystąpienia na XXII Zjeździe KPZR odbywającym się w 1961 roku.
Po Związku Radzieckim krążyły pogłoski o ekscesach Gagarina. Według wspomnień gen. Kamanina, pozwalał on sobie na chwile szaleństwa. Widziano go na przykład, jak na pełnych obrotach silnika płynął motorówką po morzu, by przekonać się, czy uda mu się nagle zawrócić taką rozpędzoną łódź, podejmował ponoć podobne ryzyko przy innych okazjach. Najwyższe władze ZSRR - według wspomnień Kamanina - stanowczo przywoływały Gagarina i drugiego kosmonautę, Titowa do porządku, ale niewiele to dawało, obaj mieli skłonności do picia i zachowań typowych dla ludzi, których sława ustawiała na piedestale. Skrupulatnie jednak ukrywano te skandale, nie dopuszczano do rozpowszechniania jakichkolwiek negatywnych informacji o kosmonautach.
Marek Jarosiński
Fragment książki "Tajemnice, które wyszły na jaw"
|
|